Menu

Zdania Złożone... blog Artura Baranowskiego

o książkach, które zostawiają ślad w mojej głowie.

Sprawiedliwi zdrajcy

oxyart

Ta książka mną wstrząsnęła, choć miałem wrażenie, że autor starał się robić wszystko żeby po jej przeczytaniu dominowało inne wrażenie. Wybrał i opowiedział dobre historie, jakby chciał przykryć białym prześcieradłem świeżo krwawiące ciała ofiar. Doceniam wielką pracę jaką wykonał przy pisaniu tego reportażu.

W „Sprawiedliwych zdrajcach” szczególne dla mnie są trzy fragmenty. W pierwszym Witold Szałowski pisze: „Kto mówi prawdę? Wszyscy. Tylko, że każdy swoją. Każdy ma tu swoją pamięć. Każdy ma swoją historię.” Na te zdania traficie mniej więcej po przeczytaniu jednej trzeciej książki. I to jest moment, w którym autor przestaje na chwilę chodzić wokół morza krwi i wchodzi odważnie w sam jego środek. Wszystkie tragedie mają imiona i nazwiska, wszystkie bolą tak samo. I to był dla mnie moment najtrudniejszy, bo poczułem, że zaczynam tonąć we wzbierającym obrzydzeniu dla katów, wściekłości i niezgodzie na okrucieństwo. Bo co można czuć, kiedy się czyta o oprawcach, którzy chwytali pałki, widły i siekiery żeby zabić polskich sąsiadów lub własne żony i dzieci, a potem (to drugi ważny fragment): „Jeden sąsiad do dziś świnie bije siekierą z Ostrówek.”

szablowski

Autor nie epatuje opisami nieludzkich zbrodni, nie pastwi się nad czytelnikiem, bo wie, że już proste zdanie o tym, że ktoś podstępem zwabia członka rodziny do własnego domu żeby w drzwiach wbić mu w plecy widły, jest przerażające. Już to wystarczy żeby się wystraszyć, poczuć jak całe ciało krzyczy w niezgodzie na te zbrodnie, jak dusza zaczyna miotać się i chce uciekać razem z bohaterami wołyńskich historii. Bo wtedy człowiek rzucał się do ucieczki w akcie największej odwagi. Bo ta ucieczka nie oznaczała nadziei na ocalenie. To był bieg w stronę szybkiej śmierci od kuli, zamiast męczarni podczas tortur, gdy oprawcy odcinają ręce, nogi i upajają się cierpieniem bezbronnych.

Wtedy Szabłowski zwraca się znów w kierunku tych, którzy okazali się zdrajcami swojego narodu. Pokazuje, że tam, gdzie jest zło, pojawia się zawsze dobro. Tych, którym oczu nie zalała nacjonalistyczna fala nazywa w tytule „sprawiedliwymi zdrajcami”. Bo oni przecież zdradzili idee czystości rasowej. Pod koniec książki znalazłem trzeci ważny fragment: „Nie dajemy swoim sprawiedliwym medali, nie sadzimy im drzewek. (…) Szczerze mówiąc, to w ogóle o nich nie pamiętamy.” To oczywiste odniesienie do Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, medali jakie nadaje Instytut Yad Vashem ludziom, którzy w czasie II wojny światowej ratowali Żydów. Czy nie stać Polaków na powołanie podobnego Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Wołynia? Czy tym sprawiedliwym zdrajcom, Ukraińcom, którzy ratowali Polaków wiedząc, że ryzykują życiem własnym i rodziny nie należą się medale, drzewa i pamięć? Tylko czy my – Polacy potrafimy podziękować tym ukraińskim bohaterom za życie naszych rodaków? Bo może umiemy tylko wzniecać w sobie potępienie dla oprawców? Potrafimy cieszyć się z każdego ocalonego życia na Wołyniu, czy może raczej upajamy się wściekłością na potomków morderców?

Szabłowski napisał książkę, z która jest kołem ratunkowym dla myślenia o wołyńskiej rzezi po 73 latach od tych wydarzeń. Myślę, że odczytałem właściwie jego intencję - pamiętać, to nie to samo co nie zapomnieć. Bo my przecież raczej pamiętamy, jednocześnie bardzo zapomniając. Jak płot na okładce z uniesioną sztachetą może być gilotyną lub okazją do ucieczki.

Na koniec chciałbym zacytować jeszcze jedno zdanie z tej książki. Nie napisał go W. Szabłowski, a Hanna Krall, która na okładce zachęca: „Czytajcie państwo, czytajcie. Dowiedzcie się – jak wielkie może być zło i jak wielkie dobro potrafi być. I nie zapomnijcie pomyśleć, co wy byście wtedy…”

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • jol-ene

    poluję na tę książkę! bardzo dobra recenzja.

© Zdania Złożone... blog Artura Baranowskiego
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci